Miałem to szczęście – i zaraz wyjaśnię, dlaczego – że już w bardzo młodym wieku przeczytałem „Koniec Historii” Francisa Fukuyamy. Ten amerykański myśliciel, choć o japońskich korzeniach, w swoim eseju odwołał się do nauk przyrodniczych oraz filozofii Hegla i Nietzschego, by przekonać czytelników, że era wielkich konfliktów dobiegła końca. Jego zdaniem, ludzkość miała już na zawsze zmierzać ku modelowi liberalnej demokracji. W skrócie: najgorsze miało być za nami.
Dla młodego człowieka to była piękna wizja. Świat wydawał się miejscem, w którym można podróżować, realizować swoje cele, rozwijać się i kształcić bez obaw o globalne zagrożenia. Dlatego na wstępie powiedziałem, że miałem szczęście – bo przez lata żyłem zgodnie z tą wizją, bez wyrzutów sumienia. W końcu tak napisał Fukuyama…
Ale oto mamy marzec 2025 roku, a „Koniec Historii” można spokojnie odłożyć na półkę z książkami pod kategorią „futurologia, która się nie spełniła”. Autorytaryzm i tyrania miały być w odwrocie, a jednak – nomen omen – jest dokładnie odwrotnie. Dla ludzi urodzonych po 1989 roku czasy stały się niepewne jak nigdy dotąd. Niepewność – to słowo idealnie opisuje to, co dzieje się wokół nas. Nie histeria, nie panika, ale właśnie ta ludzka niepewność. Kto by pomyślał, że nadejdzie dzień, w którym trzeba będzie stanąć z bronią w ręku? Nikt z nas sobie tego nawet nie wyobrażał. A skoro dziś nawet prezydent USA otwarcie mówi o III Wojnie Światowej, to znak, że coś jest nie tak.
Histeria, niepewność, strach – to wszystko emocje, które mogą towarzyszyć nam, gdy opisujemy to, co się dzieje. Jednak wielka polityka, która rozgrywa się wokół nas, jest wyzuta z emocji. Donald Trump, choć przez wielu postrzegany jako silny lider, w rzeczywistości nie jest tak potężny, jak mogłoby się wydawać. Media i popkultura uczyniły z USA supermocarstwo, które wygrywa wszystkie wojny. Ale przykłady Wietnamu i Afganistanu pokazują, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.
A Europa? Powiedzmy sobie szczerze – Europa jest jeszcze słabsza. Nie jest ani zjednoczona, ani racjonalnie zarządzana. Gwarantem stabilności pozostaje NATO – sojusz, którego tak panicznie boi się Putin. I tu pojawia się kolejny problem. Cynizm Trumpa, który – wbrew swoim obietnicom – nie jest w stanie wymusić na Putinie szybkiego pokoju, może sprawić, że NATO trafi do lamusa. Choć USA nie ma dziś ani środków, by zastraszyć Rosję, ani wystarczająco dużo, by ją przekupić.
Pozostaje dyplomacja – tak chętnie podnoszona przez J.D. Vance’a. Ale co to oznacza w praktyce? Czy czeka nas druga Jałta? Historia już raz pokazała, że sojusze mogą się odwracać. Stalin, który w czasie II Wojny Światowej był sojusznikiem Hitlera, zaledwie kilka lat później stał się jednym z przywódców „wielkiej trójki”. Jako Polacy doskonale wiemy, co to znaczy utracić część swojego terytorium. W końcu to więksi od nas zadecydowali o odebraniu nam Kresów Wschodnich.
„Oderwanie od Polski wschodniej połowy jej terytorium przez narzucenie tzw. linii Curzona jako granicy polsko-sowieckiej Naród Polski przyjmie jako nowy rozbiór Polski, tym razem dokonany przez sojuszników Polski” – mówił ówczesny premier, Tomasz Arciszewski.
Jałtę przeżyliśmy, ale czy to oznacza, że teraz mamy wpuszczać Putina na salony, tak jak kiedyś Stalina? Czy Ukraina ma stracić swoje wschodnie ziemie, zajęte przez Rosjan?
Donald Trump, pażałsta
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz